Klaudiusz Slezak: Moim gościem jest Mariusz Samulak. To bardzo młody człowiek, lat 25, jeszcze ciągle student, ale bardzo prężnie działający. Panie Mariuszu, proszę się pochwalić, jakie ma pan dokonania.
Mariusz Samulak: Mariusz, "nie panujmy sobie".
K.S.: Dobrze, Mariusz, pochwal się, jakie masz dokonania?
M.S.: Jestem osobą skromną, więc za bardzo przechwalać się nie chcę.
K.S.: Ale ja pytam o fakty.
M.S.: Przez jakiś czas byłem szefem Samorządu Studentów na Uniwersytecie Warszawskim, jeszcze w zeszłym roku przez dłuższą chwilę (bo też przez rok), byłem w radzie studentów Parlamentu Studentów RP, czyli można powiedzieć, że młodszym kolegą po fachu poprzedniego gościa byłem (Wojciecha Olejniczaka - przyp. red.).
To z takich większych osiągnięć. Poza tym licencjat na swoim kierunku studiów, mocno rozgrzebana jeszcze magisterka, także jeszcze wszystko przede mną, a poza tym działam w różnych organizacjach i stowarzyszeniach. Poza tym działam jakoś tam w Partii Demokratycznej, więc też zupełnie inny tym razem biegun od Marszałka Olejniczaka, to tyle z takich najważniejszych.
K.S.: Na czym polega Twoja współpraca z Partią Demokratyczną?
M.S.: Jestem członkiem tejże partii od stycznia zeszłego roku - czyli już prawie będzie rok, jak tam sobie jestem, to jeszcze było za czasów Unii Wolności świętej pamięci. Nawet nie wiedziałem wtedy, że powstanie Partia Demokratyczna, aczkolwiek było to ciekawy ruch... to znaczy nadal jest, bo chociaż wybory przegrane, to nadal funkcjonujemy. Jeszcze wszystko przed nami. Radzimy sobie całkiem przyzwoicie. Ze sceny nie zniknęliśmy, to nie był nasz ostatni występ. Przed nami wybory samorządowe, samorząd terytorialny, za chwilę wybory do Europarlamentu - przecież mamy tam czterech reprezentantów, w tym profesora Geremka - także myślę, że jeszcze sporo możemy pokazać. Możemy się oczywiście pokazać z jak najlepszej strony.
K.S.: Zaprosiłem Cię, bo jak sam powiedziałeś, jest między Tobą jakieś podobieństwo z Wojciechem Olejniczakiem. A ja chciałem zapytać o Twoje plany na przyszłość. Dlaczego polityka?
M.S.: Najpierw, jak wszedłem do polityki jako takiej, oczywiście miałem swoje sympatie polityczne, swoich faworytów, osoby, które darzyłem mniejszą lub większą sympatią z polskiej sceny politycznej, zacząłem działać w samorządzie studenckim. Zupełnie przypadkowo. To znaczy była impreza u nas na wydziale i się zainteresowałem. W następnym roku wystartowałem w wyborach, zostałem wybrany, no i tak potem, kawałek po kawałku, stopień po stopniu, w tej całej na Uniwersytecie Warszawskim rozbudowanej hierarchii, piąłem się do góry, aż w końcu stałem się szefem Samorządu. Niestety od pewnego momentu nie da się uniknąć jednej rzeczy. Zaczynają się spotkania, a to z Samorządem Terytorialnym, a to z jakimiś posłami, a to trzeba gdzieś się do ministra jakiegoś pofatygować, swoje racje przedstawić. Tych okazji było trochę: albo jakieś załatwienie pieniędzy na Juwenalia, czyli taki delikatny lobbing.
K.S.: To bardzo podobnie do Wojciecha Olejniczaka!
M.S.: Jeszcze dwa lata temu była taka ostro dyskutowana ustawa o pomocy materialnej, czyli o tym, co każdego studenta najbardziej cieszy, czyli pieniądze ze stypendiów. To się zmieniało, kotłowało się, więc tych konsultacji było sporo. I mnie i moich kolegów, którzy byli na tym samym poziomie, bardzo często spotykając się z takimi politykami przez duże P, bardzo dużo sytuacji było takich, że podchodził i "dobrze, dobrze, to spotkajmy się nieoficjalnie i porozmawiajmy o naszej współpracy poza samorządem, bo może chciałbyś sobie jeszcze gdzieś popracować. Wiesz, zbliżają się wybory i potrzebowalibyśmy jakiś osób... " No i tu właśnie pytanie... do czego? Bardzo często młodzi ludzie zaczynają od tego, że są stażystami. Gdzieś tam pracują przy jakiejś osobie albo przy jakiejś partii, no i potem coś się z nimi dzieje. Albo trafiają do jakiegoś ministerstwa, bo są godni zaufania, albo do jakiegoś samorządu, a bardzo często to się sprowadza niestety, tylko do noszenia ulotek czy klejenia plakatów nocami. To bywa bardzo różnie. I w samorządzie studenckim i w każdej organizacji, jaką jest partia czy młodzieżówka, to jest kierat, bo pracuje się czasami, jak jest kampania, od rana do wieczora. Więc to nie jest coś lekkiego.
K.S.: Ty rozumiem, nie rozlepiałeś plakatów?
M.S.: Rozklejałem! Jeżeli trzeba było zakasać rękawy, to się jechało w nocy, szczególnie tej ostatniej nocy przed ciszą wyborczą..
K.S.: Ale to swoje plakaty chyba rozklejałeś?
M.S.: Nie. Ja akurat rozklejałem Tadeusza Mazowieckiego, który startował w Warszawie. Skutecznie, bo dostał sporo głosów, więc to nie było jakieś marginalne poparcie. Myślę, że każdy od czegoś musi zacząć.
K.S.: A swoje plakaty rozklejałeś?
M.S.: Nie. Swoich właśnie nie rozklejałem
K.S.: To może właśnie dlatego, ten niewielki wynik w wyborach. Ile dostałeś głosów?
M.S.: Niecałe sto, więc to nie był oszałamiający wynik, ale nie ukrywam, że nie liczyłem na więcej, bo to były pierwsze wybory. Zresztą, dalekie miejsce, bo dziesiąte na liście. Ale umówmy się - z naszej listy jedynymi osobami, które miały realne szanse żeby wejść do parlamentu, o ile partia by zyskała odpowiedni próg, to były właśnie Tadeusz Mazowiecki, Jan Lityński i ewentualnie Wiktor Jędrzejewski. Znana postać u nas w młodzieżówce.
K.S.: Jakie są podobieństwa w polityce samorządowej, a tej dużej polityce, jak sam powiedziałeś, takiej przez duże P?
M.S.: Nieraz się zdarzało, że wracałem sobie do domu, po pracy w samorządzie, słuchałem wiadomości z kraju i ze świata i przeżywałem deja vu. Akurat Rada Studencka na Uniwersytecie jest bardzo liczna, bo to jest w tej chwili ponad 140 osób. Wszystkie inne w kraju mają co najwyżej 40 osób. Więc można powiedzieć, że Wiejska i Parlament Studentów Uniwersytetu Warszawskiego, to porównanie bardzo często, czy analogie widzę. Typy ludzi bardzo często się powtarzają. Jedni są mówcami, którzy przykuwają uwagę, jedni są tacy, że jeżeli coś powiedzą, to na sali wybuchają salwy śmiechu. Tutaj podobieństw, także w sposobach działania czy intencjach, jest dużo.
K.S.: Wojciech Olejniczak, do którego mimowolnie cały czas Cię porównuję, jak miał 25 lat już miał ustabilizowaną wizję tego w jakiej partii chce być, mniej więcej jak widzi swoją przyszłość polityczną. Czy Ty swoją przyszłość wiążesz z Partią Demokratyczną?
M.S.: Tak.
K.S.: To co dalej? Wybory przegrane, liczysz na następne?
M.S.: To już będą wybory do Samorządu Terytorialnego, więc tutaj będzie niewątpliwie sprawdzian. Na pewno partia nasza będzie się musiała troszeczkę zmienić, jakoś spozycjonować na scenie politycznej. Teraz będzie trochę łatwiej, bo to będzie na własnym podwórku, własnych miastach, gminach, więc myślę, że będzie troszeczkę łatwiej
K.S.: Ale przecież to Ci sami ludzie głosowali w wyborach do parlamentu...
M.S.: Tak, owszem, ale problemy są inne. W Warszawie są to np. korki, czy zatłoczone autobusy, a w kraju jest np. "becikowe". Myślę, że tutaj jest pole do popisu. Partia Demokratyczna w najbliższym czasie, podobnie jak SdPl, czy SLD, będzie się odmładzać, żeby zupełnie już nie zaniknąć. Dla młodych ludzi to jest pole do popisu. Zachęcam do wstępowania i uczenia się od takich mistrzów jak chociażby Bronisław Geremek, czy Tadeusz Mazowiecki, także myślę, że tutaj będzie szansa, żeby podziałać. Chociażby zostać radnym, nie mówię, że ja, ale może też jakieś inne osoby. I starać się tą naszą rzeczywistość dookoła Warszawy, na początek, a potem całą Polskę, zmieniać.
K.S.: Będziesz startował w tych wyborach, jak rozumiem?
M.S.: Myślę, że tak.
K.S.: Cały czas jesteś studentem archeologii. Nie widzę związku między nią, a polityką. Dlaczego archeologia? Dlaczego nie jakiś kierunek związany z polityką?
M.S.: Archeologia nigdy nie przestała mnie interesować. Spotykam wielu ludzi, którzy pytają mnie: " A co Pan studiuje?". - "Archeologię". - "O! Zawsze chciałem to studiować, teraz tego trochę żałuję". Ja mam nadzieję, że za kilkanaście lat, będę mógł powiedzieć swoim dzieciom, że nie żałuję tego i że tatuś był takim młodym Indianą Jonesem. Jest to jakaś tam przygoda. Natomiast to, że ktoś studiuje archeologię, architekturę, filozofię, to nie znaczy, że nie może bawić się w politykę. Zdaje się, że posłowie nasi też różne zawody wykonują i to niekoniecznie kończą studia czy mając maturę. Nie będę wskazywał nazwisk, ale myślę, że wiemy, o kogo chodzi.
K.S.: Jesteś prawdziwym studentem, czy trochę przemykasz przez studia?
M.S.: A kto nie przemyka?
K.S.: Znam parę takich, jedna siedzi za szybą..
M.S.: O! To gratuluję! Ja też kiedyś miałem stypendium, ale to było dawno temu. Faktycznie to jest tak, że jeżeli człowiek się zaangażuje w jakąś działalność społeczną, to na taką działalność studencką w sensie nauki, trochę zaczyna brakować czasu. Niestety doba ma tylko 24 godziny. Ale z drugiej strony, człowiek zdobywa jakieś doświadczenie. To można porównać do jakiejś praktyki, stażu - bo to są rozmowy, negocjacje, doświadczenie, kontakty, które z czasem mogą się do czegoś przydać.
K.S.: Do czego mogą się przydać?
M.S.: Chociażby, żeby znaleźć pracę. Przykład mojego przedmówcy, Marszałka Olejniczaka pokazuje, że można zostać członkiem komitetu wyborczego przyszłego Prezydenta, także dlaczego nie?
K.S.: Traktujesz ten Samorząd jako trampolinę?
M.S.: Nie. Dopóki jestem w Samorządzie, to działalność partyjna stricte, czy w jakiś organizacjach młodzieżowych o charakterze politycznym, byłaby nie do końca wskazana. Bo zawsze się pojawia jakiś konflikt interesów. To zawsze jest tak, że jakieś głosowanie było na jakimś zarządzie czy radzie, potem można komuś zarzucić, że zrobił tak, a nie inaczej, żeby zrobić na złość koledze z innej partii i nie miał na myśli interesu studentów, a raczej interes swój i swojej partii. Nie wszyscy to dobrze widzą. Ja akurat uważałem, że te rzeczy należy rozgraniczyć. Albo rybka, albo akwarium.
K.S.: Czy dużo ludzi z samorządu, jest później związanych z młodzieżówkami, czy jakimiś partiami politycznymi.
M.S.: Tak, bo to jest jakby taka naturalna droga i w pewnym momencie u niektórych zaczyna się zazębiać. Spotyka się ludzi, którzy w polityce państwowej, czy samorządowej coś znaczą, mają jakieś tam wpływy i oni sami proponują, żeby osoba, która poza studiowaniem czymś się interesuje, w tym wypadku polityką, żeby ją zachęcić, czy to właśnie propozycją stażu, pracy, jakiegoś doświadczenia zebranego przy takim polityku. Wiele osób z tego korzysta. A przy okazji, żeby jakoś funkcjonować w tej strukturze, nie być jedynie fachowcem do wynajęcia, co prawda młodym fachowcem, ale mimo wszystko, wstępują w te struktury. Po prostu to wciąga - jak bagno.
K.S.: Czyli jest to jednak jakaś trampolina ten samorząd.
M.S.: Na pewno pomaga. Bo jeżeli się idzie do jakiejś organizacji, nawet, jak idzie się do pracy, to najczęściej się pytają, jakie ma Pan doświadczenie, co Pan w życiu zrobił, czym Pan w życiu się zajmował, czym Pan jest nam w stanie pomóc. Bo człowiek z ulicy, fajnie że ma wiedzę teoretyczną, ale praktyka jest potrzebna. A taką praktykę może dawać właśnie samorząd. Zresztą, nie mówię o samorządzie jako takim, bo są różne organizacje studenckie: ZW, ZSP, jakieś różne stowarzyszenia, czy chociażby koła naukowe, bo o tym też nie można zapominać, które też inaczej działają i czym innym się zajmują - raczej działalnością naukową. To wszystko powoduje, że studenci zdobywają jakieś doświadczenie. Pomarzyć można o tym, żeby pracodawcy troszkę bardziej to doceniali, że to też jest jakiś rodzaj praktyki, jakieś przetarcie się chociażby w kontaktach z innymi ludźmi, bo to pomaga. W liceum, czy w podstawówce, nie byłem jakoś zaangażowany w życie samorządu szkolnego, nie prowadziłem jak Marszałek Olejniczak gazetek. Nie miałem do tego drygu, zapału, chęci, a takie przebudzenie z mojej strony nastąpiło dopiero na studiach. Mogę tylko powiedzieć, że szkoda, że wcześniej nie, może byłoby łatwiej. Ale doświadczenia, jakie zebrałem, bardziej pomagają niż szkodzą.
K.S.: Jak siebie widzisz za 7 lat, jak będziesz w wieku Wojciecha Olejniczaka?
M.S.: Powiem tak, bycie Marszałkiem Samulakiem, byłoby bardzo miłe i sympatyczne mieć coś takiego na wizytówce, ale do tego jest jeszcze długa, długa i ciężka droga.